Trudny to był dla mnie dzień...
Wróciłam od Pani doktor. Okazało się, że poprzednio, kiedy byłam oceniana (przez innego, nie do końca kompetentnego lekarza), mój stan w punktach edss został zaniżony. Na pewno miałam co najmniej cztery wówczas.
W tej chwili mój stan został oceniony na 4 edss z komentarzem: bardzo dobrze. Świetnie - neurologicznie nic się nie pogorszyło (od ostatniego badania, rok temu). Mam jednak osłabione mięśnie i to widać, więc na kolejnej wizycie zostanę porównana po Ciechocinku (jestem umówiona na 25 lutego, 11:30).
Mam słabsze mięśnie - zmniejszone napięcie mięśniowe, wzmożone odruchy na skos- w lewej ręce i prawej nodze. Mam mowę dyzartryczną. Mam cały czas widoczne objawy móżdżkowe.
Podziękowałam, wyszłam i się rozpłakałam, że co, ja w kity chcę wierzyć, że przecież z nieuleczalnego nie da się wyzdrowieć itd.
A wtedy przemówiła mama. (Uwielbiam jak przemawia autorytatywnym tonem lekarza). Że: nie da się ukryć mój przebieg esemu jest ciężki. Wredny. (Wiadomo, niektórzy niczym nie ruszają, a inni wcale nie mówią, ale mówimy porównując ze standardowym tzw. "przebieżkiem", w którym się dwadzieścia lat choruje i najwyżej się chodzi o laseczce, albo i to nie.)
Że CUDEM jest, biorąc pod uwagę stan w jakim byłam jeszcze 2-2,5 roku temu, że z niego wyszłam.
Ale nie choruję od wczoraj. Od roku, dwóch, czy trzech. Choruję od dekady i te dziesięć lat poczyniło w mojej głowie zniszczenia. Każdy rzut, to kolejne zniszczenie. A rzutów miałam kilkanaście.
I:
Jeśli okaże się, że nie będę mieć więcej żadnego rzutu, to tak, będę mogła uznać, że jestem wyleczona. Że esem się skonczyło.
Ale: nie cofnę blizn i ran, jakie poczyniła mi choroba przez dziesieć lat. Mózg jest plastyczny, więc być może mogłabym wyjeżdżając na trzy czterotygodniowe turnusy rehabilitacyjne w roku poprawić stan kliniczny. Wzmocnić mięśnie.
Ale blizn/ubytków nie zlikwiduję. To rany odniesione w tej nierównej walce. I trzeba z tym żyć.
Może wymyślą lek, który będzie mógł odbudowywać stare zniszczenia. W chwili obecnej, poza programami badawczymi, czegoś takiego jeszcze nie ma.
I to by było na tyle.
Wpis dedykuję tym, co to mi zarzucają, że wyzdrowiałam i zwalam że to dzięki farmie. Farma, mili państwo, daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Poczucie, że czemuś staram się zapobiec...
Dlatego w piątek jadę na Tysabri nr 20. W poniedziałek wyjeżdżam do Ciechocinka na cztery tygle, może w marcu uda się umówić na Kontrol w Katowicach? Skoro znów bełkoczę (choć ja tego nie słyszę, to chyba się zatkałam...)
