Nie starałam się o dziecko, ale fakt - nic też nie robiłam, żeby zapobiec ciąży. Zaszłam... po 2 latach zażywania betaferonu. To chyba było dlatego, że chciałam przerwać zażywanie, ale matka, Luby i lekarka byli za kontynuowaniem terapii. Ciąża sprawiła, że dylemat rozwiązał się w sposób naturalny. Dzieć na szczęście urodził się zdrowy, choć byłam już w ciąży, gdy przestałam brać interferony, a piszą w ulotce, że co najmniej 3 mies. przed planowaną ciążą należy przerwać.
Ciąża bez (za)rzutu, pracowałam gdzieś tak do 8. miesiąca, na zwolnienie poszłam, bo mnie brzuch uwierał, jak siedziałam przy kompie. Poród przez cc, neurolog stwierdziła, że za długo choruję, żeby rodzić naturalnie. Między ciążą pierwszą a drugą 1 rzut, na początku drugiej ciąży - kolejny rzut. Drugi dzieć urodził się zdrowszy nawet niż pierwszy. Po drugiej ciąży kolejny rzut - mniejszy niż dwa poprzednie.
Tak generalnie to zawsze myślałam, że skoro wiem, że jestem przewlekle chora i grozi mi niepełnosprawność, to staranie o dziecko to egoizm. Dlatego się nie starałam... ale jak powiadają: dzieci się nie planuje, dzieci się ma. To mam. I mam powód, żeby starać się utrzymać zdrowie jak najdłużej. Dzieci to dobra rehabilitacja ruchowa... Podobno SMki z więcej jak jednym dzieckiem dłużej się obywają bez wózka. I tak się jeszcze pocieszam, że może nawet jak mój stan zdrowia się pogorszy, to przynajmniej Młode nie będą kalekami życiowymi - szybko będą musiały nauczyć się dbać o siebie, bo choćbym chciała - nie dam rady robić wszystkiego za nie... No dobra i tak bym nie chciała, ale przynajmniej mam pretekst, by wśród nadopiekuńczych mam tudzież babć moich dzieci nie uchodzić za wyrodną matkę

Dla zainteresowanych: pierwszą Młodą rodziłam w wieku 33,5 lat, drugą - tuż przed 35. urodzinami. Choruję (podobno) od 19. roku życia, zdiagnozowano mnie gdy miałam 29 lat.